Ukryta lista rzeczy do zrobienia
Każdy przedmiot w naszym domu wysyła wiadomość... i nie zawsze jest to dobra wiadomość!
Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się nad tym, dlaczego nie stresujesz się w domach innych ludzi, nawet jeśli mają bałagan? Oraz dlaczego, kiedy przepraszasz za bałagan w swoim domu, twoi goście pytają „ale za co przepraszasz?! Daj spokój”.
W naszym codziennym życiu często skupiamy się na widocznych, zewnętrznych zadaniach – takich jak praca, spotkania czy terminy. Żeby mieć na tym wszystkim jakąkolwiek kontrolę i o niczym nie zapomnieć, często posiłkujemy się listą rzeczy do zrobienia. Najczęściej lista ta nie ma końca, rzadko się zdarza, abyśmy wykreślili z niej większość spraw, za to nieustannie dopisujemy do niej nowe zadania, nowe „coś”, co wymaga naszego zaangażowania.
Jednak istnieje jeszcze jedna, subtelna, a zarazem bardzo wpływowa lista rzeczy, która towarzyszy nam na co dzień, a której najczęściej nie jesteśmy świadome. To niespisana, ukryta lista rzeczy do zrobienia, tworzona przez przedmioty, które posiadamy w domu.
Każdy przedmiot, który posiadamy w domu, wysyła do nas wiadomość "Masz coś do zrobienia".
Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo nasz dom jest pełen takich wiadomości. Chociaż większość wiadomości mogłaby się wydawać neutralna lub zupełnie nieistotna, tak nie jest. Bo kiedy przyjrzymy się temu głębiej, z przykrością odkryjemy, że wiele z nich wcale nie jest pozytywna. Większość przypomina o niekończących się obowiązkach, niedokończonych sprawach, zwiedzionych nadziejach i złamanych obietnicach.
Nawet nie musimy świadomie reagować na przedmioty – w samej ich obecności tkwi ukryty ciężar – wymagają naszej interakcji, poprzez samą świadomość, że musimy się nimi zająć. Dotyczy to także przedmiotów, którym znajdziemy przestrzeń poza domem. Nawet jeśli wyniesiemy je do garażu albo schowamy w piwnicy, nadal będą przytłaczać nas na poziomie mentalnym.
Rzeczy stają się w rezultacie swoistym sygnałem: "Musisz się mną zająć". I tak np. zalegający na biurku stos papierów, podsuwa nam myśli „nie mieszczę się już tutaj, uporządkuj mnie”; roślina „podlej mnie”, „kiedy ostatni razem mnie zasilałaś?”; brudne naczynia w zlewie wołają „umyj nas”, „przepraszam, my się już tu nie mieścimy”, „dlaczego codziennie twoja kuchnia wygląda jakby przeszło przez nią tornado?”; porozrzucane zabawki dziecka „znowu to samo, posprzątaj nas, dobra mama potrafiłaby mieć nad nami kontrolę”; kurz na meblach „minął kolejny tydzień, może byś mnie w końcu starła?”, spalona żarówka woła „czy kupiłaś już moją zamienniczkę?”. To tylko kilka prostych przykładów, znalazłoby się ich dużo więcej, ale chciałam wymienić kilka by zobrazować, jaki rodzaj komunikatów otrzymujemy.
Pomyśl o tym, że ten dyskretny rodzaj presji, którą wywołują przedmioty, jest z nami codziennie. Każdy przedmiot stara się przyciągnąć naszą uwagę, ustawiając się w kolejce w naszej głowie i czekając na naszą reakcję. Ponieważ nieustannie gromadzimy nowe rzeczy, ta kolejka staje się coraz dłuższa, a ukryta lista rzeczy do zrobienia – coraz bardziej rozbudowana. W rezultacie nasza energia, którą moglibyśmy przeznaczyć na odpoczynek lub realizację ważnych celów, zostaje zaabsorbowana przez ogromną liczbę zadań do wykonania.
Rzeczy przypominają o sprawach, które są w toku, ale nigdy nie zostały zakończone. Może to być niewykończony projekt DIY, pranie, którego nie wypakowałaś z pralki albo nie ściągnęłaś z suszarki, książka, którą zaczęłaś, ale nie przeczytałaś do końca, albo sprzęt, który od miesięcy wymaga naprawy. Taki brak finalizacji tworzy wrażenie, że coś jest "niedokończone" w naszym życiu.
Rzeczy przypominają także o czymś, czego nie zrobiłaś, albo co zostało porzucone. Może to być sprzęt sportowy, którego nigdy nie używasz, produkty, które kupiłaś z nadzieją na "zdrowe życie", ale których nie wykorzystujesz, książka do hiszpańskiego, która przypomina o tym, kiedyś chciałaś się nauczyć tego języka, a może ubrania, które miały być używane "po tym jak schudniesz parę kilogramów", ale ciągle nie schudłaś, więc wołają do ciebie „nie dotrzymujesz obietnic, nie można na ciebie liczyć”, „kiedy się za siebie weźmiesz?”. Są jak podświadome przypomnienia o tym, co miało się wydarzyć, ale się nie wydarzyło.
Każdy taki przedmiot to cichy, ale skuteczny sposób wysyłania wiadomości o nieosiągniętych celach, nieudanych decyzjach, niezrealizowanych ambicjach, porzuconych planach. Zamiast motywować, wprowadza poczucie niepełnej realizacji i wywołuje w nas poczucie winy.
Nic dziwnego, że kiedy mamy rzeczy w nadmiarze, jesteśmy przytłoczeni stresem i zmartwieniami, a nasza energia psychiczna i fizyczna jest na wyczerpaniu. Przeciążenie obowiązkami, nadmiar zadań do wykonania, poczucie, że nigdy nie mamy dość czasu – to tylko niektóre z myśli, które towarzyszą nam codziennie. Nawet te czynności, które normalnie uważamy za przyjemne, na przykład spacer z psem, który w zwykłym dniu daje nam okazję do relaksu i chwili oddechu na świeżym powietrzu, kiedy jesteśmy zestresowani, sfrustrowani i przytłoczeni obowiązkami, może stać się obciążeniem i irytującym obowiązkiem. Pies staje się kolejnym punktem na liście rzeczy do zrobienia, a nie okazją do odprężenia. Podobnie podlewanie ogrodu – zamiast momentu radości z obcowania z naturą, może stać się obowiązkiem, który traktujemy jak coś, co "musimy zrobić", a nie coś, co miało nam dawać satysfakcję.
Dlatego ukryta lista rzeczy do zrobienia, którą tworzą przedmioty w naszym domu, ma realny wpływ na nasze samopoczucie i poczucie kontroli nad życiem. Im więcej niepotrzebnych rzeczy w naszym otoczeniu, tym bardziej jesteśmy przytłoczeni. Natłok spraw staje się nie do zniesienia, a my tracimy szacunek do samych siebie. A przecież przestrzeń w naszym domu powinna sprzyjać odpoczynkowi i relaksowi.
Zbyt wiele przedmiotów tworzy iluzję, że nasze życie jest pełne obowiązków i zaległości. Myślę, że minimalizm jest odpowiedzią na to wszystko, która ma przywrócić równowagę. Mniej rzeczy oznacza mniej obowiązków, mniej decyzji, mniej utrzymania. Upraszczanie przestrzeni to już nie tylko kwestia estetyki, to inwestycja w naszą psychikę, w naszą energię i w naszą zdolność i chęć do życia w ogóle. Zmniejszając liczbę przedmiotów, z którymi musimy się zmagać, automatycznie zmniejsza się ilość mentalnych zadań do wykonania. Za tym idzie poprawa koncentracji. Odzyskujemy poczucie kontroli i porządku oraz stajemy się bardziej efektywni. To tylko kilka korzyści z minimalizowania przestrzeni.
Na szczęście nie wszystkie przedmioty w naszym domu mają negatywne konotacje. Istnieją również rzeczy, które wysyłają pozytywne wiadomości, choć tych w naszych domach jest zdecydowanie mniej. Nimi oczywiście także musimy się zająć, ale ich komunikaty mają inne zabarwienie. Te przedmioty przypominają o spokoju i relaksie, o chwilach odpoczynku i zadowolenia. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, aby poczuć radość z ich posiadania. To może być ulubiony fotel do odpoczynku, roślina, która kwitnie na parapecie, albo książka, którą zawsze cieszy się czytać.
Jak widzisz każdy przedmiot ma swoją ukrytą listę rzeczy do zrobienia. Niby cichy i milczący, nie wydaje dźwięków, ani nie krzyczy o pomoc – a jednak nieustannie wysyła subtelne, ale wyraźne wiadomości. Może czas już zredukować ich liczbę do minimum usuwając ze swojej przestrzeni choćby rzeczy, które wysyłają te najbardziej negatywne komunikaty? Jak się zapatrujesz na taki pomysł?
