Czym jest minimalizm, oraz o tym, jak rzeczy przestały być tylko rzeczami

Gdybym miała opisać minimalizm jednym zdaniem, powiedziałabym, że jest to sposób na życie, który pozwala zachować umiar w świecie bez umiaru. Choć nazywam siebie minimalistką, uważam, że nie chodzi w życiu o to, by posiadać jak najmniej, ale by odnaleźć równowagę i spełnienie w tym, co mamy. Chodzi też o to, by przywrócić rzeczom właściwe miejsce w naszym życiu. I tego minimalizm uczy.

 

 

Minimalizm otwiera oczy i daje możliwość zobaczenia rzeczywistości w innym świetle. Jest jak filtr, który umożliwia zdystansowanie się od materialnych przedmiotów po to, by uzdrowić naszą relację z rzeczami oraz osłabić identyfikację z nimi. Jest powrotem do czasów, kiedy rzeczy służyły nam, a nie my im. Kiedy rzeczy były tylko rzeczami, czymś, czego używamy, a nie czymś, co decyduje o tym, kim jesteśmy.

 

 

W praktyce minimalizm oznacza eliminację nadmiaru, który niczego (poza stresem) nie wnosi do naszego życia i dostosowanie liczby posiadanych przedmiotów do naszych realnych potrzeb. W miarę pozbywania się nadmiaru, nasza relacja z rzeczami ulegnie transformacji. I to jest według mnie najważniejsza zaleta takiego sposobu na życie, ponieważ relację z przedmiotami mamy bardzo zaburzoną.

 

 

Już od dawna rzeczy przestały być tylko rzeczami, czymś co ma nam służyć, a stały się nośnikami symbolicznych znaczeń, które zostały nadane im przez producentów, marketerów i nasze otoczenie. Producenci i specjaliści od marketingu z niezwykłą precyzją kreują wizerunki produktów, nadając im cechy, które wykraczają poza ich funkcję użytkową. Próbują nas przekonać (a my dajemy się nabrać), że bardzo ważne jest, aby mieć konkretną rzecz, że jest ona niezbędna, bo mówi coś o nas jako o osobie, decyduje o statusie i kojarzy się z sukcesem. W rezultacie każdy przedmiot, od luksusowego zegarka po codzienny kubek, jest osnuty narracją, która ma wzbudzić w nas określone emocje, a co za tym idzie określoną potrzebę, i zachęcać do zakupów. I tak ubranie nie jest już tylko materiałem na ciele, ale symbolem statusu społecznego; telefon komórkowy nie jest jedynie narzędziem komunikacji, ale manifestem naszego stylu życia; samochód kojarzy się z wolnością, zegarek z sukcesem, aparat fotograficzny z kreatywnością, i tak można mnożyć.

 

 

Reklamy, kampanie marketingowe, media społecznościowe pełne są wyidealizowanych obrazów, które tworząc otoczkę, która rzekomo za tymi rzeczami się kryje, tworzą jednocześnie przekonanie, że posiadanie określonych rzeczy sprawi, że staniemy się lepsi, szczęśliwsi, bardziej akceptowani. I wszystkie te produkty stają się „must have” naszej codzienności.

 

 

Nic dziwnego, że przez to ciągłe wmawianie, coraz trudniej nam oddzielić pragnienia od potrzeb, bo o to tym wszystkim ludziom chodzi. Te przekazy są tak silne, że nieświadomie sami zaczynamy przypisywać rzeczom podobne wartości. W efekcie wiele z naszych rzeczy niesie ze sobą historię, aspiracje i marzenia o tym, kim chcielibyśmy być lub kim chcemy poczuć się w danej chwili. Widzimy je już nie jako zwykłe przedmioty, ale jako elementy naszej tożsamości – są znakiem przynależności do określonej grupy społecznej czy kulturowej.

 

 

W rezultacie nasze życie staje się grą w poszukiwanie i gromadzenie przedmiotów, które wzmocnią nasz wizerunek i nas uszczęśliwią. Kupowanie nabiera symbolicznego znaczenia: nowe ubrania, gadżety, meble – to wszystko ma nam pomóc jakoś się poczuć, jakimś się stać. Prawda jest jednak inna. Kupowanie, gromadzenie nie zaspokoją znaczenia ani sensu. Nie dadzą nam życiowej satysfakcji, nie dodadzą wartości, nie dadzą spełnienia. Nawet jeśli coś kupimy i początkowo wrośnie poziom naszej satysfakcji, to nie na długo. Za chwilę pojawia się pustka i nowe pragnienie. Bo apetyt na więcej jest nieustannie podsycany przez nowy model, nową rzecz.

 

 

Kupujemy więc dalej i gromadzimy, i z czasem nadmiar zaczyna być problemem, bo rzeczy nie tylko zabierają nam przestrzeń fizyczną, ale też mentalną, zabierają nasz czas, a na końcu nasze życie, a my zamiast odczuwać satysfakcję, czujemy frustrację, zmęczenie i stres .

 

 

Pomyśl o tych wszystkich rzeczach, które kupiłaś, bo miały spełnić daną ci przez speców od marketingu obietnicę. Czy nowa bluzka dodała Ci wartości, zrobiła z Ciebie kogoś? Czy ta elegancka sukienka zdobyta na specjalną okazję, która miała reprezentować Twoją wizję idealnego „ja” – zrobiła z Ciebie pewną siebie, szczęśliwą osobę, która zachwyca innych?

 

 

Dodatkowo samo pozbywanie się rzeczy staje się problemem. W świecie zdominowanym przez media społecznościowe i idealizowane wizerunki, porzucenie przedmiotu, który ma nas definiować, wydaje się jeszcze trudniejsze. Obawiamy się, że pozbywając się czegoś, rezygnujemy z części tego, co chcemy, aby inni o nas myśleli. Zamiast swobodnie oddać przedmioty, czujemy presję, by je zatrzymać, bo mogą one w przyszłości stanowić element naszego „wymarzonego ja”.

 

 

Podsumowując. Kiedy zaczynamy stosować zasady minimalizmu, nasza relacja z rzeczami ulega transformacji i każde nowe zakupy czy decyzje dotyczące posiadania rzeczy stają się bardziej przemyślane i świadome. Zaczynamy pytać: „Czy to, co chcę nabyć, wniesie wartość do mojego życia, czy zasługuje na to, by być w moim domu?”. Przez to uczymy się lepiej odróżniać swoje potrzeby i pragnienia. Zaczynamy dostrzegać, że rzeczy to tylko rzeczy, a my to my, niezależnie od tego, co spece od marketingu chcą nam wmówić. Zaczynamy rozumieć, że nasze prawdziwe „ja” nie zależy od materialnych przedmiotów, a szczęście kryje się gdzie indziej. Uświadomienie sobie tego to kluczowy krok w kierunku wolności i uwolnienia się od ciężaru oczekiwań oraz symboli, które są jedynie wytworem czyjejś wyobraźni.

 

 

W końcu najważniejsze jest to, kim jesteś, a nie co masz.

 

 

I na zakończenie pytanie: czym jest dla Ciebie minimalizm oraz jaka jest Twoja relacja z rzeczami? Zapraszam do dyskusji w komentarzach 😊